Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
bardzo dobre
Malediwy - tydzień w raju
autor: Iwona Grabowska griwona@poczta.onet.pl
dodane: 2003-08-05
termin-wycieczki: 24.02-04.03.2003
Wspomnienia spisane po powrocie- szkoda, że nie było czasu by robić notki codziennie- następnym razem! Zapraszam do lektury wspomnień pilota wycieczek....
Spotkanie na lotnisku Okęcie. Wylot liniami Austrian Airlines o godz. 17 20. Międzylądowanie w Wiedniu. Przesiadka na inny samolot. Wylot do Dubaju. 20 minut przerwy i kolejne startowanie już w kierunku Male. Przylot, odprawa celna, dosyć drobiazgowa, osoby, które posiadają alkohol musza się z nim pożegnać i zostawić w depozycie. Alkohol taki można później odebrać w okienku tuz przed wylotem. Później przy lotnisku oczekiwanie w malej knajpce gdzie coca cola kosztuje 3 dolary na transfer łodzią motorową . Można przejść się po okolicy i porobić zdjęcia lotnisku i Oceanowi bo niestety stąd nie widać dobrze Male. Łódź bardzo wygodna, dojazd na wyspę Kuramathi w atolu Rasdhoo trwa 1,5 h. Na początku miłe widoki Male, lśniącej złotem kopuły meczetu Wielkiego Piątku oraz oświetlenia stadionu piłki nożnej, która uprawiana jest tutaj na każdej wyspie. Już na Kuramathi w hollu recepcji czeka na nas zimny ręcznik i odświeżający napój i oczywiście uśmiechnięta obsługa. Lunch serwują do 14-tej więc udajemy się prosto do głównej restauracji. W tym czasie nasze bagaże są rozpakowane i dzielnie czekają na numerek pokoju, do którego są zawożone małym samochodzikiem. Po zakwaterowaniu i rozdzieleniu pokojów, wszyscy udają się do małego klimatyzowanego bungalowu nad samym oceanem. Przepiękny widok na plaże tuz obok tarasu, na którym wszyscy odpoczywają. I ja w tym wszystkim.... na początku strach czy mi wszystko wyjdzie, czy grupa mnie zaakceptuje, czy nie będę miała spalonego całego tygodnia bo gdzieś na początku „nawalę”. Poczułam ciepło równikowego słońca tuż po wyjściu z lotniska i zrobiło mi się od razu przyjemniej, oczywiście to nie Afryka, ale bardzo blisko. Na lotnisku postanowiłam ich troszkę rozerwać Opowiadałam o demonie Jinni, który żyje w wodach Malediwów, który jeszcze przed 1153 rokiem, przed przyjęciem Islamu z rąk marokańskiego kapłana, pochłaniał w Oceanie raz w miesiącu życie jednej dziewicy. Opowiadałam również o wyspach , o ludziach, którzy tutaj mieszkają- wszystkie informacje wyczytane z lonely planet i z netu. Cieszyłam się, że cała grupa mnie słucha, chyba mnie polubili. Byłam szczęśliwa, wiedziałam, że będzie mi miło pracować w tym gronie, i że grupa będzie zadowolona, a to było najważniejsze dla mnie.

Obsługa w recepcji na początku wydawała mi się lekkonastawiona do mnie obco, tak jakby do końca nie chcieli zrozumieć o co ich pytam. A może po prostu nikt ich o tyle ostatnio nie pytał, sama nie wiem. Mieliśmy wykupioną ofertę all inclusive- czyli jedzenia i picia do woli. Po obiedzie i zakwaterowaniu i długich rozmowach w recepcji poszłam do baru – wiedziałam, że moi turyści tylko gdy się odświeżą pierwsze kroki tam pokierują. Dowiedziałam się co i jak i poszłam wziąć prysznic. Cudownie , po tylu godzinach w samolocie czuć wodę na plecach. Nie rozpakowałam się bo oczywiście na takie rzeczy nie miałam czasu. W świeżej sukience poszłam do hallu recepcyjnego na umówione spotkanie z grupą. Idąc wąchałam powietrze jak najmocniej mogłam- zapach Oceanu, wody i kurzu, czasami kwiaty, piękny zapach- czyli tak pachną Malediwy wodą i kurzem z kwiatami.
Po spotkaniu organizacyjnym umówiłam się na spacer wokół wyspy z managerem i z grupą. Widzieliśmy ogromne nietoperze i wysokie palmy, ciągnące się plaże no i oczywiście na super wysokim poziomie infrastrukturę hotelową wyspy.

Zabudowa w stylu tropikalnym, elegancka i nie narzucająca się i przede wszystkim nie wyrastająca ponad linie drzew na wyspie- to zresztą jest określone prawem budowlanym Malediwów. Przepięknie, tylko co ja tu z nimi będę robiła? Dam radę! Już następnego dnia był plan: od rana od 10 tej pływanie z maską i rurką do 12tej później konkurs rzutu kokosem do celu, później lunch, chwila spokoju i wieczorna dyskoteka i tak codziennie coś się działo. Było miło, zaprzyjaźniłam się z nimi. Oczywiście miałam więcej obowiązków niż czasu wolnego- ale było miło. Któregoś dnia pojechaliśmy na wyspę obok na zakupy, to była wyspa- Radshoo- tak jak nasz atol. Szukałam meczetu , oczywiście nie znalazłam bo jestem ślepa kura, ale pomógł mi jeden młody człowiek z pierwszego sklepu z brzegu. Już straciłam wiarę, że zobaczę meczet, a tu mi się sklepikarznawinął-kurcze nie pamiętam jego imienia , ani nie mam jego zdjęcia.

Świetnie, poszliśmy i jeszcze zostałam zaproszona na chipsy z drzewa chlebowego do jego domu. Polazłam, oczywiście, że tak! Przecież nie stracę takiej okazji. Poszłam jeszcze z jednym turystą. Podwórko podobne do tych z wioski na północ od Mombasy tylko trochę większe i miało drzewo- co dawało dużo cienia. Z drzewa zwisały typowe meble malediwiańskie- takie huśtawko- hamaki. Bardzo wygodnie się w nich wypoczywa. W domu ... w środku normalnie... czysto...ściany wymalowane na niebiesko, na podłodze linnoleum, w drzwiach koraliki a w kuchni duży stół i wiatrak. Oczywiście został włączony gdy weszliśmy do środka. Niestety mama naszego kolegi ze sklepu nie robiła tego dnia chipsów ale za to zostaliśmy poczęstowani kotlecikami rybnymi- ostrymi jak brzytwa. No i oczywiście słodką herbatą. I tutaj moja ogromna gafa. Ja..., tak ja..., która tak dba o to by turyści moi znali obyczaje kraju do jakiego jadą, zapomnialam na śmierć, że w krajach muzułmańskich NIE JADA SIĘ LEWĄ RĘKĄ. No i co , zapomniałam, pierwszego kotlecika pochwyciłam palcami właśnie lewej ręki- kurde. Ale co tam ... następny był prawą. Nie zwrócono mi uwagi, tylko strasznie głupio mi było.

Nie siedzieliśmy tam długo. Zbliżał się czas odpłynięcia naszej łódki, dostałam jeszcze w sklepie koszulkę i zaproszenie na następny dzień- fiu fiu- spodobałam się czy co? Czy mam na twarzy wypisane coś? Ale dzięki temu właśnie czasami takie perełki na wyjazdach się trafiają.Graliśmy też mecz piłki nożnej z obsługa, pomagali nam Anglicy i jeden Włoch. Zrobiłam z kokosa piękny puchar FIFA Maldives 2003 ? Oczywiście wygrali Malediwiańczycy- podobno tylko dlatego, że okazało się , że jeden z grających w przeciwnej drużynie był zawodnikiem drużyny narodowej Malediwów - hehe Biedni nasi, biegali w skwarze równikowego popołudniowego słońca jak mali chłopcy- ale byli dzielni- wynik 3 do 1.

Zorganizowałam punkt ochłody z wiadrem czystej słodkiej wody i ogromnym liściem palmowym do wachlowania. Kibicowałyśmy dzielnie, nawet miałyśmy szalik polskiej drużyny piłkarskiej- nie pamiętam czy to była Legia Warszawa czy coś innego- niestety ja nie przywiązuję wielkiej wagi do tych spraw także wszyscy wspaniali kibice wybaczcie. Po 4 dniach, gdy już było mi świetnie, gdy już się oswoiłam stało się coś niesamowitego. Wieczorem grali dla nas miejscowi bębniarze, grali i śpiewali i tańczyli. Tańce ich były nie synchroniczne, nie poukładane ale piękne.

Tańczyli i grali tylko mężczyźni. Jeden z tańców był demoniczny, przerażający, jakby opowiadał o chorobie , zatruciu, bólu i walce z czymś złym, aż mnie ciarki przeszły. Tej nocy miałam okropny sen, sen o dziecku, nie moim. Czterem kobietom tej samej nocy również śniły się okropne koszmary z dziećmi. Myślę, że ten taniec miał coś wspólnego z tym. Wierzę głęboko w siłę obrzędów rytualnych, prymitywnych, zakorzenionych gdzieś w prostym życiu ludzi. Chciałabym pobyć tam dłużej wśród miejscowych by móc choć troszkę poznać ich samych i codzienne życie. No ale nie dane mi było.

Muszę jednak przyznać, że i tak jestem wdzięczna, mogłam zobaczyć tak wiele. W nocy gdy szłam do swojego pokoju zawsze patrzyłam wysoko w niebo, na gwiazdy, których był ogrom i wydawały się być na wyciągniecie ręki tak jak w Afryce, za każdym razem byłam wdzięczna za ten widok. Tydzień minął bardzo szybko. Przedostatni wieczór był bardzo miły i elegancki. Wszyscy jedliśmy przy jednym stole- 25 osób to wyglądało majestatycznie a później siedzieliśmy prawie do rana, no i w nocy kąpaliśmy się w Oceanie- wspaniałe wrażenie.

Do domu wróciliśmy z workiem pełnym wrażeń: pływanie z płaszczkami, rekinami i żółwiami, karmienie płaszczek wieczorem, zabawy na plaży i w wodzie i przede wszystkim ogromna wdzięczność, że mogliśmy spędzić w tym pięknym miejscu te kilka dni.
 
Zobacz także
The Bugibba
Hotel *** BB
Cena: 1444 zł
07.10 - 14.10
Bella Vista
Hotel **** BB
Cena: 1488 zł
14.10 - 21.10
forum MALTA
FORUM [MALTA]